Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pascal. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Pascal. Pokaż wszystkie posty

sobota, 12 maja 2018

"Kogut domowy" - Natasza Socha



Matka kwoka, matka polka – wszystko wiedząca, wszechobecna i z wybitną umiejętnością z multitaskingu. (Multitasking dla niewtajemniczonych to robienie kilku rzeczy jednocześnie.) 
Czy można ją zastąpić, czy ona na to pozwoli? A co kiedy nie ma wyjścia i musi zamienić się rolą z mężem, który przecież nie jest IDEALNY?
Natasza Socha w kolejnej powieści mierzy się ze znanymi stereotypami matriarchatu rodzinnego. Przeciwstawia standardowe schematy podziału obowiązków domowych nietypowej sytuacji. Ona musi przejąć finansowe utrzymywanie bytu rodziny, on musi zorganizować całą resztę. Dodatkowym utrudnieniem jest to, że ich, czyli kobiet jest sztuk cztery, natomiast on jest jeden. Każda z nich potrzebuje uwagi i zrozumienia, każda ma inne potrzeby i oczekiwania. Do tej pory funkcjonowały razem, a on był nijako obok. Ojciec obecny, nieuczestniczący. Diametralna zmiana polega na odwróceniu ról, ojciec obecny, dostępny i uczestniczący, a matka doglądająca i odkrywająca na nowo świat zewnętrzny z wszystkim jego pokusami i zagrożeniami.
Jak to u Sochy bywa jest zabawnie, lekko, ale wnikliwie. Rewelacyjna umiejętność obserwacji świata i zachowań ludzkich są widoczne w każdej kolejnej publikacji. Autorka z specyficzną dla siebie umiejętnością potrafi rozprawić się z tematami budzącymi wiele emocji. Dyskusja nad tym kto jest lepszym rodzicem jest ostatnio coraz bardziej żywa. Mężczyźni nie chcą być ojcami nieuczestniczącymi, nie zgadzają się na osuwanie ich od wychowania dzieci. Potrafią świetnie poradzić sobie z wszystkimi zadaniami, łącznie z samodzielnym stworzeniem stroju na przedszkolny bal przebierańców. Nie są z tego powodu mniej męscy. Kobiety mimo, że często narzekają na nadmiar obowiązków same nie potrafią oddać części z nich tatusiom, bo przecież kto zrobi to lepiej niż mama?

„Kogut domowy” jest cudowną powieścią rozprawiającą się z zastanym, konwencjonalnym schematem rodziny. Jest obowiązkową lekturą dla wszystkich mam, które czują się przemęczone, żeby pokazać im, że zlecenie części obowiązków tatusiom, może się okazać strzałem w dziesiątkę. Jest też wspaniałą powieścią dla tatusiów, nie tylko tych którzy tak jak Jakub muszą zmierzyć się z nową sytuacją, ale też dla tych, którzy aktywnie angażując się w życie rodziny stają w obliczu wielu niepewności. 
Natasza Socha jak zwykle mnie nie zawiodła, zatem z niecierpliwością czekam na kolejną powieść.
Za egzemplarz powieści dziękuję wydawnictwu PASCAL. 

poniedziałek, 12 marca 2018

Wszystkie pory uczuć. Wiosna - Magdalena Majcher przedpremierowo


Idzie wiosna. Nie tylko ta kalendarzowa, nie tylko ta pogodowa, również książkowa. Najnowsza powieść z cyklu Wszystkie pory uczuć puka już do drzwi, czy to za sprawą kuriera, czy też sms-a z popularnej sieci. Wiosna wkracza na salony i zrobi swoim wejściem sporo zamieszania. Inne powieści z tego gatunku będą na nią spoglądać zazdrośnie i zawistnie. Zaś ona niczym nie zrażona usiądzie w centralnym punkcie i skupi na sobie uwagę czytelników. 


Magdalena Majcher stworzyła kolejną świetną powieść, która nie tylko trafia do serca, ale też zostaje w umyśle i nie chce wyjść. Już kiedy dowiedziałam się, że tematyka ma oscylować wokół FAS - czyli poalkoholowego zespołu płodowego wiedziałam, że lektura mnie pochłonie. W temat jestem nijako bezpośrednio zaangażowana. Będąc terapeutą dzieci z trudnościami mam jako takie rozeznanie w tym zakresie. Wiem, że o FAS mówi się w Polsce mało, a jeśli się mówi to wśród terapeutów, psychologów i nauczycieli, którzy spotykają takie dzieci, a i to wcale nie świadczy o ich dogłębnej wiedzy. Prawidłowa diagnoza, czy w ogóle diagnoza, jest sprawą niszową. I mimo, że statystyki mówią swoje to temat jest zamiatany pod dywan, a w powszechnej świadomości lampka wina czy jedno piwo nie szkodzą. Otóż szkodzą i to bardzo. 
Magdalena Majcher swoją książką wyłożyła karty na stół. Chciało by się rzec niczym Juliusz Cezar: Alea iacta est. Wierzę mocno, że powieść Wszystkie pory uczuć. Wiosna dotrze nie tylko do fanów literatury obyczajowej. Mam nadzieję, że będzie to początek lawiny, że będzie ona przekazywana z rąk do rąk i polecana wszędzie, bo jest tego warta. Podjęcie się tematu, który do tej pory pozostawał w cieniu było niewątpliwie wyzwaniem. Autorka zmierzyła się z nim z zaskakująco dobrym wynikiem. Śmiem twierdzić, że to jej najlepsza powieść (ostatnio chyba też tak mówiłam?). Jeśli tak to oznacza tylko jedno: Magdalena Majcher jest niezwykle utalentowaną pisarką i podejmując trudne tematy toruje sobie drogę w mało uczęszczane rejony literatury obyczajowej. A ostatnią i chyba najważniejszą rekomendacją lektury niech będą słowa moje babci z dziś: Masz jeszcze coś tej Majcher? Ją się bardzo dobrze czyta. (A babcia byle czego nie czytuje;)). Zatem polecam Wiosnę od TEJ Majcher, niech zrobi porządek w głowach i jest początkiem dużej zmiany. 

poniedziałek, 19 lutego 2018

Korzystając z zasobów...

Od pewnego czasu na fanpagu zapowiadałam zmiany. Po długim milczeniu, postanowiłam podsumować to co układa się w mojej głowie i podzielić się swoimi refleksjami odnośnie bloga i związanych z nim aktywności.
Jak zauważyliście recenzje pojawiają się u mnie już sporadycznie i to się w najbliższym czasie nie zmieni. Blog przechodzi teraz fazę uśpienia, czasem coś wkleję, ale nie zamierzam już pisać o wszystkich książkach, które czytam. Stało się tak, bo najwidoczniej nie jest mi to już tak potrzebne, a może wypaliłam się opiniotwórczo. Nie przeszkadza mi brak recenzji, zatem nie będę się do nich zmuszać. Moje obecne działania skupiają się wokół trzech tematów: dzieci, rozwoju osobistego i zachowania umiaru. Z tym pierwszym wiąże się mój nowy pomysł odnośnie ewolucji bloga. Chcę od wiosny rozpocząć z dziećmi zwiedzanie i poznawanie Polski, a szczególnie Polskich Parków Narodowych. Co za tym idzie troszkę o tym pisać w kontekście poznawania i zwiedzania Polskich Parków Narodowych oraz nauki życia blisko natury i szeroko pojętej ekologii dnia codziennego. Nie spinam się specjalnie, że będzie z tego coś nadzwyczajnego. Co wyjdzie, to wyjdzie. 
Poza tym chciałabym mocniej związać swoje życie z otaczającą nas ekosystemem. Zainspirowana Dorotą z bloga Ekoeksperymenty oraz Barbarą z Wielkiego Zachwytu postaram się zaszczepić w mojej rodzinie miłość do przyrody i szacunek do istot żywych. Nie jest to dla mnie nowość, ale chciałabym zaangażować się bardziej i większą uważnością.
Z tym tematem związany jest też częściowo mój rozwój osobisty (i nie mówię tu o studiach), jednak pomysł nadal jest w tracie tworzenia, zatem na razie sza!

Jedną z inspiracji do zmiany oraz ogromnym impulsem do działania i walki z prokastynacją, była dla mnie lektura książki Miej umiar Natalii Knopek, którą z całego serca polecam. Książka dotycząca po części rozwoju osobistego, po części minimalizmu, a po części życia po swojemu pomogła mi uporządkować wszystko co od dłuższego czasu rodziło się w mojej głowie.
Nie mogę też nie wspomnieć o warsztatach z robienia koszyków z włóczki t-shirtowej u Julii z Na nowo śmieci w pracowni Cztery Razy Trzy <3. I przynależności do grupy Daję rzeczom drugie z życie. Wszystkie te małe cegiełki składają się na moją dużą zmianę.

Jeśli chodzi o minimalizm, którym swego czasu się zachłysnęłam, ale nie miałam w związku z nim mocy sprawczej to podziało się tak: im więcej czytam tym mniej jestem zachwycona, a więcej dostrzegam niepoważnych i nieekologicznych postaw. Nie zgadzam się z wyrzucaniem, nie zgadzam się z brakiem szacunku dla pracy innych (bo każdy posiadanych przez nas przedmiot został przez kogoś zrobiony  - najczęściej przez "małe chińskie rączki") zatem wyrzucenie go na śmietnik jest skrajną nieodpowiedzialnością. Skoro już to kupiłam to wykorzystam, jeśli nie w sposób pierwotnie zakładany to w inny. Bardzo pasuje mi tutaj zdanie: Dostrzeż swoje zasoby i wykorzystaj je! I nie chodzi tu tylko o rzeczy materialne, chodzi też o wiedzę, czas i energię. Ogólnie pojawia mi się i klaruje potrzeba niemarnowania, wykorzystania i docenienia dotychczasowych wysiłków swoich i innych. Dzięki temu bardziej skupiam się tam tym co mam i jak mogę z tego korzystać, a mniej na muszę więcej umieć, mieć, wiedzieć. Nie dotyczy to jednak kontaktu z naturą, bo okazuje się, że tutaj muszę więcej. ;)
Mam nadzieję, że mimo wszystko czasem będziecie do mnie zaglądać. Może okaże się, że książki, ekologia, Parki Narodowe, dzieci i umiar wpasują się też w wasze poglądy. 
P.S. Czytam teraz "Sekretne życie krów" - fascynująca lektura. Powiedzenie: Tylko krowa nie zmienia zdania, nijak ma się do rzeczywistości, bo to bardzo mądre stworzenia i czasem też zmieniają preferencje. :)



wtorek, 16 stycznia 2018

"Wszystkie pory uczuć. Zima" - Magdalena Majcher przedpremierowo

Magdalena Majcher, której książki mam przyjemność czytać zazwyczaj jeszcze przed premierą tym razem bardzo mnie zaskoczyła. Druga część cyklu "Wszystkie pory uczuć" jest diametralnie różna od pozostałych książek autorki. Jej styl i język ewoluowały i wskoczyły na wyższy poziom. Jest to nadal przyjemna lektura, którą czyta się z łatwością, jednak tematyka stała się bardzo trudna. 

"Zima" przedstawia historię Róży, opiekunki z domu dziecka, w którym wychowywała się Hania, bohaterka poprzedniego tomu. Róża poświeciła całe swoje życie dzieciom, nie stworzyła rodziny, ani nie była w związku, aż do momentu, w którym rozpoczyna się książka Magdaleny. Akcja ma początek iście baśniowy, nawiązując do klasyki Andersena autorka zabiera nas w śnieżną, mroźną zimę. Robi to na tyle sugestywnie, że nawet w szary dzień, dzięki jej opisowi przenosimy się do białego Sosnowca i uczestniczymy w nietypowym ślubie dwojga starszych ludzi. Młodzi państwo zaczynają wspólne życie zdecydowanie później niż wymagają tego społeczne oczekiwania. Jednak tak samo jak u ludzi dwudziestoletnich tak i u nich przychodzi czas na poznanie siebie, weryfikację oczekiwań oraz skonfrontowanie z korzeniami. I właśnie ten ostatni punkt Magdalena Majcher obrała za główny temat swojej powieści. Zabierając nas w przeszłość Róży stara się wyjaśnić jej samotność, obawy oraz niezrozumiałą dla otoczenia bliską, wręcz symbiotyczną relację z młodszą siostrą. 

Autorka stworzyła bardzo dobry portret psychologiczny bohaterki. Wciągnęła mnie w lojalnościową walkę między tym czego chce Róża, a tym o co proszą rodzice. Sprawiła, że targały mną sprzeczne emocje. A zakończeniem przekonała, że jeszcze nie jeden raz zaskoczy swoich czytelników.
Zaraz po lekturze napisałam na grupie Świat Książek Magdaleny Majcher, na którą swoją drogą serdecznie zapraszam (o tu: https://www.facebook.com/groups/1085818408196533/), że jeśli autorka cyklu "Wszystkie pory uczuć" będzie się nadal rozwijać w takim tempie, to inni pisarze niedługo będą mogli jej tylko zazdrościć. Po kilku dniach nie zmieniłam zdania i niech to zdanie będzie najlepszą rekomendacją tej powieści. 
Jutro premiera, zatem szukajcie na półkach. :)

czwartek, 7 grudnia 2017

"Apteka marzeń" - Natasza Socha


Z książkami Nataszy Sochy jest u mnie tak, że czytam zaraz po premierze i choćbym w tym czasie czytała najlepszą historię innego autora, porzucam ją dla Nataszy. Czekam na każdą nową powieść jak pustynia na deszcz, zatem uznałam, że moja opinia może być nieobiektywna. Z tego też powodu postanowiłam odczekać dłużej niż pierwszy zachwyt. Podsunąć książkę pod nos innym domownikom i wybadać reakcje. Czekanie to sprawiło, że w tak zwanym międzyczasie autorka wydała kolejną książkę, którą notabene już też przeczytałam. Moje przeciąganie czasu pisania recenzji „Apteki marzeń” niewiele dało. Nadal jestem pod ogromnym wrażeniem.  
Temat nowotworów u dzieci wzbudza zawsze ogromne emocje i wiele dyskusji. Nieodłącznym pytaniem, które pojawia się zawsze jest DLACZEGO? Dlaczego akurat to dziecko? Dlaczego w ogóle dziecko? Dlaczego musi tak cierpieć? Dlaczego nie ma lekarstwa, a może jest, ale nie działa tak jak powinno? Pytania się mnożą, a odpowiedzi wręcz przeciwnie.

Szczerze mówiąc, kiedy przeczytałam zapowiedź książki trochę się obawiałam. Pisarka wybrała temat trudny i niesprzedający się, bo kto chce czytać o chorych dzieciach? Mój niepokój był związany z tym, że autorka odejdzie od swojego stylu i tym samym nie będzie już nie do podrobienia. Teraz wiem, że moje obawy były bezpodstawne. Natasza Socha była, jest i będzie nie do podrobienia. „Apteką marzeń” pokazała, że o nowotworach dziecięcych można pisać bez rozrzewnienia i przesadnej czułostkowości. Potrafiła z typowym dla siebie poczuciem humoru i inteligencją pokazać, że życie dzieci dotkniętych chorobą to nie tylko szpital i leczenie. Umiejętnie przemyciła radość codzienności, małe sukcesy oraz wielkie wygrane. Przedstawiła rodziców, którzy toczą walkę ze swoimi słabościami grając w najtrudniejszej sztuce swojego życia. Pozorują każdy dzień tak, aby dzieci nie widziały ich strachu i łez. A najważniejszym jest to, że stworzyła Karolinę, która była nadzieją samą w sobie. Dorosłą nastolatkę, która swoją siłą, determinacją, wiarą i mądrością mogłaby obdarować kilku dorosłych.
Książka inspirowana autentyczną historią Oli, promująca Drużynę Szpiku, która walczy o to, aby jak najwięcej osób zarejestrowało się jako dawca, jest wołaniem o empatię. Jest zachętą do zobaczenia „onkoludów” wokół nas i udzielenia pomocy. Rejestracja w bazie dawców, to tylko 5 prostych kroków, a czyjeś życie może wrócić na zwykłe tory. Jeśli jeszcze nie jesteście w bazie zajrzyjcie tu: http://darszpiku.pl/ds_wordpres/zostan-dawca/.


„Apteka marzeń” to powieść inna niż dotychczasowe książki autorki, a jednocześnie mająca tak jak poprzednie ogromny ładunek inteligencji i inspiracji. Natasza Socha ma niebywałą umiejętność pisania. Każda jej książka jest moją ulubioną, aż do kolejnej, która też staje się ulubioną. Nie wiem jak ona to robi, ale dla mnie zawsze będzie NIE DO PODROBIENIA!

niedziela, 8 października 2017

"Nie proszę o miłość" - Danuta Awolusi - booktour

Powieść "Nie proszę o miłość" trafiła do mnie nieproszona. Zazwyczaj kiedy coś bardzo chcę przeczytać okazuje się, że książka do mnie trafia w jakiś "magiczny" sposób (mąż, zaprzyjaźniona autorka, wydawnictwo, koleżanka z literackiego świata, bądź mega promocja na Woblinku, lub w Arosie - czyż to nie magia? :D). Z tą pozycją było całkiem inaczej, bo kompletnie mnie nie interesowała. Jednak pewnego dnia zapukał listonosz i w kopercie zobaczyłam niedawną premierę wydawnictwa Pascal. Pomyślałam: No dobra, przeczytam. I przeczytałam, choć po pierwszych stronach chciałam rzucić w ciemny kąt. 

Autorka używa specyficznego języka i oswojenie się z nim zajęło mi trochę czasu. Od początkowych akapitów odczuwałam niepokój i niechęć do bohaterek. Niechęć stopniowo malała, jednak niepokój i niecierpliwość się wzmagały. Nie mogłam się doczekać końca. Mniej więcej w połowie książki poczułam się wciągnięta w historię Hani i Ewy i przyznam szczerze, że czytałam do późna w nocy, żeby poznać zakończenie, które nie wbiło mnie w fotel, jednak było całkiem niezłe. Autorka nie poszła na łatwiznę, skłoniła bohaterki i czytelnika do refleksji, za co wielkie brawa. 
Minęły już prawie dwa miesiące od zakończonej lektury, a ja nadal nie potrafię jednoznacznie stwierdzić czy ta książka bardziej mi się podobała, czy jednak jestem na nie. Mogę jedynie powiedzieć, że zawiera w sobie jakiś nieokreślony rodzaj niepokoju i niecierpliwości. 


Długo zastanawiałam się co z tym zrobić i wpadałam na pomysł, że jest to powieść o której muszę zebrać więcej opinii, zatem urządzam booktour. Zabawa polega na tym, że 6 osób przeczyta mój egzemplarz i zostawi w nim kilka słów dla autorki (potem jej go wyślemy :) ), każda osoba będzie miała na to 2 tygodnie. Drugim warunkiem jest umieszczenie krótkiej notki na temat książki na blogu, lubimyczytać.pl, czy nawet na swoim profilu Facebookowym. Udostępniając notkę na Facebooku oznaczamy autorkę Danuta Awolusi Pisze, wydawnictwo PASCAL oraz moją stronę Zapiski-fiszki jako organizatora booktouru. I najważniejsze zgłaszamy chęć przeczytania książki pod postem na Facebooku. Zaznaczam, że NIE TRZEBA mieć bloga, wystarczy notka na fejsie:) w środę 11 października wybiorę 6 osób i skontaktuję się z nimi w sprawie organizacji akcji. 
Zapraszam serdecznie. 

poniedziałek, 25 września 2017

"Wszystkie pory uczuć. Jesień" - Magdalena Majcher - recenzja przedpremierowa

Magdalena Majcher toruje sobie coraz szerszą drogę w świecie literatury kobiecej. Wraz z nadejściem nowej pory roku na półki księgarń wskakuje też jej najnowsze dziecko - powieść "Wszystkie pory uczuć. Jesień". Nie jest to bynajmniej saga, z czego bardzo się cieszę. Co prawda rynek kobiecy kocha sagi, jednak ja jestem już nimi lekko zmęczona. Wydawnictwo Pascal wraz z autorką postanowiło zaproponować czytelniczkom coś innego. Nie sagę, a cykl. Cykl wpisany w zmienność pór roku. Temat jest na tyle świeży, że byłam go bardzo ciekawa i nie ukrywam, że z ogromną niecierpliwością wyczekiwałam powieści. 
Historia Hani, która całe swoje małżeństwo żyje w trójkącie była wciągającą lekturą. Kobieta nieustanie porównywana z zmarłą pierwszą żoną zmaga się z bagażem pełnym kompleksów. Dodatkowo jej pochodzenie dokłada kamieni do ciężkiego już plecaka. 
Trudno było momentami zrozumieć Hanię i jej pokorę wobec jawnej dyskryminacji. Przychodziły jednak chwile, gdy miało się wrażenie, że ona sama prosi się o takie traktowanie. Przyznam szczerze, byłam zła na bohaterkę, i to nie raz. Byłam wściekła na jej męża i na otoczenie, które widziało, a nie reagowało. Jednak z drugiej strony wiem, że mnóstwo takich sytuacji zdarza się codziennie. Ktoś coś wie, ale nic nie mówi, bo przecież nie będzie się wtrącał. Takie to prawdziwie straszne i normalne zarazem. 
Powieść Magdaleny Majcher to nie tylko wątek małżeństwa, w którym trupy zaglądają z szafy. Jest to także historia zmagania z własnym pochodzeniem. Wnikliwa analiza psychiki dorosłego, który wychowywał się w domu dziecka. Brak wiary w siebie, niska samoocena, pakowanie się w raniące relacje, ciągłe poszukiwanie odpowiedzi na pytanie dlaczego, czy nieumiejętność zawalczenia o swoje to tylko część z problemów, z którymi borykają się takie osoby. Autorka umiejętnie wciągnęła w karty powieści szeroki wachlarz trudności dzieci z bidula. 
"Wszystkie pory uczuć. Jesień" to lektura na długi wieczór. Nie jest kolorowa, złota i radosna. Czuć w niej zapach suszonych liści i herbaty z imbirem, jednak pierwsze skrzypce gra słota. Krople deszczu uderzające o parapet okna idealnie wpasują się w melancholijny charakter powieści. Błyszczące kasztany, niosące ze sobą dobrą energię połóżcie w koszyku obok fotela, przygotujcie koc i czytajcie, bo warto. 
Pierwsza część cyklu to obiecujący początek interesującej wędrówki z autorką przez pory roku i uczucia. Czekam na kolejne pory roku i następne powieści. 

Za przedpremierową lekturę książki dziękuję autorce i wydawnictwu Pascal. 

środa, 17 maja 2017

"Matka mojej córki" Magdalena Majcher - recenzja przedpremierowa


Magdalena Majcher, której twórczość mam przyjemność śledzić od samego początku w tym roku wydaje kolejną powieść. W wydawnictwie Pascal rozwija skrzydła i dopracowuje warsztat. Autorka nie idzie na kompromisy, nie poddała się presji rynku i choć tworzy powieści dla kobiet, to daleko im od typowej tak zwanej literatury kobiecej postrzeganej przez pryzmat szukania męża w domu za miastem. Opisywane przez nią historie poruszają ważne kwestie społeczne, zmuszają do refleksji, wywołują dyskusje. 
"Matka mojej córki" książka, która premierę ma na dwa dni przez Dniem Matki jest opowieścią dla matek i o matkach.  Poznajemy Ninę, która zbyt wcześnie zaszła w ciążę oraz jej matkę ogarniętą obsesją posiadania drugiego potomka. Nastolatka uwikłana w trudne relacje ze swoją własną matką podejmuje decyzję oddania dziecka do adopcji. Decyzję, która teoretycznie ma sprawić, że odzyska młodość i możliwość rozwoju, czy w istocie tak się stanie? Czy młoda kobieta rzeczywiście samodzielnie zdecydowała? Jak daleko jest w stanie posunąć się matka w imię miłości do dziecka? Jak bardzo nasze wybory zależą od nieustającej miłości do rodzicielki? Na te i wiele innych pytań szuka odpowiedzi Magdalena Majcher w swojej najnowszej powieści. 
Autorka ma dar lekkości pióra. Pisze tak, że chce się czytać i wracać do odłożonej na chwilę lektury. Zastosowany w powieści zabieg przeplatania przeszłości z teraźniejszością wyszedł bardzo zgrabnie. Nie czułam się ani przez chwilę zmęczona. Harmonia pomiędzy dwoma etapami życia Niny była zachowana idealnie. Historia, jaką przedstawiła wydaje się z jednej strony niewiarygodna, a z drugiej namacalnie bliska. 
Lektura powieści wywołała we mnie mnóstwo refleksji, ale najważniejszą nad którą zastanawiam się do teraz jest manipulacja w imię miłości. Pytanie, czy skłanianie do zmiany decyzji jest manipulacją czy może głosem rozsądku osoby starszej i bardziej doświadczonej, kołacze mi się po głowie. Ile własnych decyzji podjęłam przez wzgląd na rodziców, czy inne osoby znaczące? Na ile w takim razie decyzje te są moje, a na ile ich? Bardzo jestem ciekawa Waszych opinii na ten temat... 
Autorka stawia pytania nie udzielając jednoznacznych odpowiedzi. Dobra literatura to ta, która pozwala nam zajrzeć w głąb siebie, zatrzymać się, zweryfikować swoje poglądy. Nowa książka Magdaleny Majcher jest moim zdaniem dobrą literaturą. 
Zachęcam Was do lektury i koniecznie podzielcie się swoimi spostrzeżeniami. 
Za możliwość zapoznania z książką dziękuję autorce i wydawnictwu Pascal. 

środa, 26 kwietnia 2017

"Kobiety ciężkich obyczajów" - Natasza Socha

Im więcej czytam, tym bardziej krytycznie podchodzę do literatury i zwracam uwagę na inne aspekty książki, niż tylko dobra historia. Ostatnio bardzo istotne wydaje mi się, przekazywanie informacji czytelnikowi. Szukam pozycji, które nie tylko zawierają w sobie zgrabnie opisaną fabułę, ale przede wszystkim poszerzą moją wiedzę. Kolejnym ciekawym spostrzeżeniem jakie mam odnośnie mojego czytelnictwa jest to, że regularne i chronologiczne czytanie książek tego samego autora sprawia, że możemy wraz z nim wznosić się na coraz wyższy poziom. Pisarz doskonali swój warsztat, a nam wyostrza się zmysł literacki.
Do powyższych refleksji zainspirowała mnie najnowsza powieść Nataszy Sochy "Kobiety ciężkich obyczajów". Jest to trzeci tom cyklu "Matki czyli córki". Seria ta jest swoistym studium kobiecego umysłu. Otwierająca ją ucieczka przed menopauzą była tylko preludium do głębokiego wniknięcia w relacje rodzinne między płcią piękną. Autorka pokusiła się o zbudowanie historii, która zatacza koło. Stawia tezę, że wszystkie nasze decyzje mają swoje odzwierciedlenie w prawdopodobnie nieznanej  nam przeszłości. Pokazuje jak wielki wpływ ma na nas to czego nie mówimy głośno, a dostrzegamy i interpretujemy. Osobisty filtr przeinacza rzeczywistość. Przemilczenie kwestii zasadniczych czy to, ze strachu, czy z braku refleksji, czy z wygody może mieć zaskakujące skutki. Efektywna i szczera komunikacja oraz opuszczenie swojej psychicznej strefy komfortu - te główne tematy wydają mi się najważniejsze w całym cyklu. 
"Kobiety ciężkich obyczajów" przedstawiają efekt wpływu poprzednich pokoleń na kolejne. Wszystkie zachowania, które wydają się nam u innych przerysowane, zbyt zasadnicze mają swoją przyczynę. Ludzie, którzy nie potrafią wypośrodkować, nie czują że robią coś zbyt mocno, tu mam na myśli zachowania Kiry, bądź nie robią czegoś wcale, jak Kalina, która w ogóle nie stawiała córce granic, zachowują się tak z jakiegoś powodu. Mam wrażenie, że lektura tej powieści uwrażliwiła mnie na innych. Sprawiła, że zamiast opierać się na zewnętrznych objawach staram się zajrzeć głębiej. Uwielbiam książki, które mnie zmieniają i zaskakują. Nie spodziewałam się, że ta lektura wywoła taki efekt. 
Historia Kiry i Luizy urzekła mnie jeszcze z jednego powodu. Kontrast, a jednocześnie analogia pomiędzy współczesną kobietą modliszką, a damą lekkich, czy też ciężkich obyczajów z lat 20-tych XX wieku, ukazany został w iście mistrzowski sposób. Historyczny rys, dawna Warszawa, język oraz sposób życia, wszystko to autorka oddała bardzo realistycznie. Jestem pełna podziwu za wykonany research i umiejętne wykorzystanie go w powieści.

Natasza Socha cyklem "Matki czyli córki" udowadnia, że wspina się coraz wyżej na swój literacki szczyt. Mam wrażenie, że nie jest to jedna góra, ale cały łańcuch górski, bo przy każdej kolejnej powieści odkrywam na nowo jej twórczość. 
Polecam gorąco cały cykl, a ostatni tom "Kobiety ciężkich obyczajów" jest wisienką na trzypiętrowym torcie. :)
Dziękuję autorce oraz wydawnictwu PASCAL za możliwość zapoznania z książką.

piątek, 7 kwietnia 2017

"Marta, która się odnalazła" - Caroline Wallace



"Marta, która się odnalazła" jest książką, która trafiła do mnie po długim czasie. W pewnym sensie się zgubiła, a potem odnalazła, jak w tytule. Na okładce możemy przeczytać, że jest to "Baśniowa opowieść o dziewczynie bez tożsamości i dworcu pełnym sekretów." Czytający mojego bloga wiedzą, że słowo baśń działa na mnie jak magnes i zazwyczaj pozycje takie wzbudzają mój ogromny entuzjazm. Czy tak było także tym razem? 
Otwierając pierwszy raz książkę spodziewałam się bajkowej, przyjemnej historii. Fabuły osnutej mgłą tajemnicy z szczyptą magicznych zdarzeń. Już po pierwszych kilku stronach byłam nie tyle rozczarowana, co zaskoczona. Powieść całkowicie odbiegała od moich wyobrażeń, a jednocześnie z każdym kolejnym wersem sprawiała, że coraz bardziej wnikałam do świata zamkniętego w podziemnej przestrzeni dworca Lime Street w Liverpoolu. 
Marta Zguba, 16-letnia dziewczyna porzucona w biurze rzeczy znalezionych. Wychowywana przez przybraną Matkę, którą trudno zaliczyć do normalnych obywateli, nie mówiąc już o obdarzeniu dziecka uczuciami czy zrozumieniem. Nastolatka, która żyje w wyimaginowanym świecie ograniczonym do niewielkiej przestrzeni, która nie wie kim są jej rodzice i wierzy we wszystko co mówiła jej Matka. Do tego Elizabeth, właścicielka kawiarni, pozytywna dusza, barwny ptak dworca. George, rzymski legionista, chłopak bez rodziców. I wreszcie William tajemniczy człowiek ciemnych tuneli. Główne postaci książki barwne, intrygujące i pokaleczone przez życie. Każdy z nich szuka szczęścia, pokonuje demony przeszłości i na swój sposób przystosował się do trudnych warunków. Fascynujące jak wielką moc ma ludzki umysł, który nawet w obliczu wielkiej tragedii każe walczyć o przetrwanie, motywując do tworzenia namiastki normalności, tam gdzie wydawałoby się, że znaleźć jej się nie da. 
Magia tej powieści nie polega na czarach, wróżkach czy tajemniczych zdarzeniach. Magia znajduje się w ludzkiej dobroci, w odnajdywaniu drogi do drugiej osoby, pomimo wszelkich przeciwności. Magia to moc słów, tych dobrych i tych złych. Magia to wiara w to, że wyciągając do siebie ręce tworzymy nowy, lepszy świat. 
W powieści przewija się też wątek zespołu The Beateles. Ciekawy, aczkolwiek dla mnie całkowicie zbędny i mimo, że w jakiś sposób spaja książkę to jednak nie był tym co mnie w niej urzekło. Jednak dla fanów zespołu, może być świetnym atutem przemawiającym za sięgnięciem po tą pozycję.
Nie spodziewałam się takiej dawki przemyśleń po baśniowej opowieści. Nie spodziewałam się, że "Marta, która się odnalazła" będzie tak trudną emocjonalnie, a jednocześnie fascynującą powieścią. 
Polecam dla zakochanych w baśniach, ale też dla tych, którzy szukają fascynujących niesztampowych historii. 

Dziękuję wydawnictwu Pascal za możliwość odbycia baśniowej przygody i dostarczenie mi "zagubionego" egzemplarza.

P.S. Recenzja i zawarte w niej zdjęcia są fotograficznym posumowaniem marca. Tak, przeczytałam w marcu tylko jedną książkę. To był antyczytelniczy miesiąc. 


poniedziałek, 9 stycznia 2017

"Stan nie! błogosławiony" Magdalena Majcher - recenzja przedpremierowa

Magdalena Majcher znana z bloga "Przegląd czytelniczy" debiutowała w ubiegłym roku powieścią "Jeden wieczór w Paradise". Jako, że bardzo lubię zaglądać na Przegląd, który wyróżnia się na tle innych blogów z ciekawością czekałam na debiutancką powieść Magdaleny. Wtedy miałam przyjemność recenzować debiut, tym razem też spotkała mnie ta niezwykła niespodzianka.

 Po pierwszej książce byłam przekonana, że to dopiero początek literackiej drogi tej niezwykle utalentowanej kobiety i nie myliłam się. 11 stycznia na półkach księgarni pojawi się druga powieść "Stan nie! błogosławiony". Pozycja, która już przed premierą pnie się w zestawieniach najlepiej sprzedających się tytułów literatury obyczajowej. Lektura obok której nie można przejść obojętnie. Książka świetnie napisana, która nie pozwala o sobie zapomnieć.
Historia Poli i Jakuba siedzi mi w głowie od kiedy ją poznałam. Opowieść o dwójce ludzi, którzy wobec przeciwności losu potrafią stanąć ramię w ramię i wspierać się, mimo wszystko. To małżeństwo z prawdziwego zdarzenia, takie o jakim każdy marzy. Związek partnerski oparty na wzajemnym zrozumieniu, zaufaniu i rozmowie. 
Kiedy na teście ciążowym pojawiają się dwie kreski życie staje do góry nogami. Jednak gdy okazuje się, że rozwijające się życie jest zagrożone poważną wadą genetyczną nad głowami przyszłych rodziców pojawiają się burzowe chmury. Decyzje z jakim trzeba się zmierzyć w takiej sytuacji są najtrudniejszymi wyborami. Nie ma dobrych odpowiedzi, a pytania mnożą się nieustannie. W takich chwilach nieocenione jest wsparcie najbliższych, ale też konsultacje specjalistyczne. Rozmowy z ludźmi, którzy posiadają wiedzę oraz dyskusje z tymi, którzy będą na co dzień borykać się z konsekwencjami.
Magdalena Majcher stworzyła bardzo dobrą powieść. Poprzez swoich bohaterów przedstawiła wiele rozwiązań jednej sytuacji, pokazując problem z kilku punktów widzenia, bez oceniania i krytyki, która jeśli się pojawiała to tylko w dyskusjach między bohaterami. Zabieg ten sprawił, że możemy wejść w skórę drugiego człowieka i zbliżyć się do kierujących nim motywów. Autorka gra na emocjach czytelnika do ostatnich stron sprawiając, że poruszany problem staje się nam bliski. 
Powieść "Stan nie! błogosławiony" jest literaturą przez duże L, literaturą społecznie zaangażowaną. Książką, która w świetle jesiennych protestów kobiet i niedoszłych zmian w prawie aborcyjnym jest ważnym głosem. Jest wielowymiarowym, głębokim spojrzeniem na problem, który może dotknąć każdego, kto planuje posiadać potomstwo. Jest to także historia o relacjach międzyludzkich, o tym jak wpływa na nas i nasze wewnętrzne dylematy dom rodzinny oraz postawa tych, którzy dali nam życie i tego życia nas uczyli. 
Jestem pod wrażeniem wrażliwości autorki i umiejętności szerokiego spojrzenia na temat. Książkę polecam z czystym sumieniem wierząc, że nikt nie będzie zawiedziony. 

Za możliwość przedpremierowej lektury dziękuję autorce oraz wydawnictwu Pascal.

piątek, 30 grudnia 2016

"Biuro przesyłek niedoręczonych" - Natasza Socha

Dla Nataszy Sochy przemijający rok 2016 był niezwykle twórczy. Wydano 3 jej powieści w nowym wydawnictwie. Zmiana wydawnictwa pociągnęła za sobą ewolucję twórczości autorki. Świetny cykl "Matki, czyli córki" jest zabawnym, a jednocześnie bardzo głębokim przyjrzeniem się pokoleniowym relacjom między kobietami. Obie części cyklu skradły moje serce, co pisałam już wcześniej na blogu o tu: http://zapiskifiszki.blogspot.com/2016/10/dziecko-last-minute-natasza-socha.html. 

W okresie przedświątecznym autorka zrobiła swoim czytelnikom piękną niespodziankę. Na rynku pojawiła się jej zimowo-świąteczna powieść. Nie mogłam sobie odmówić posiadania i przeczytania przed świętami tej pozycji. Jakież było moje zdziwienie, kiedy w dniu odebrania swojego egzemplarza drugi przyleciał do mnie pocztą od wydawnictwa! Byłam zachwycona! W niedługim czasie znalazłam dom zdublowanej pozycji, bo przecież prawie wszyscy kochają Nataszę... :)
"Biuro przesyłek niedoręczonych" jest dla mnie lekturą z pogranicza baśni, a baśnie kocham miłością bezwzględną. Zauroczyłam się tą historią ze względu na temat - szukanie właścicieli zagubionych listów, oraz ze względu na postaci - świetnie zarysowane, wyraziste i urzekające. 
Według słownika języka polskiego magia to:
1. «ogół wierzeń i praktyk opartych na przekonaniu o istnieniu mocy nadprzyrodzonych, które można opanować i wywoływać za pomocą zaklęć, obrzędów i czarów»
2. «niezwykła siła oddziaływania»
3. «zniewalający urok jakichś miejsc lub osób». 
"Biuro przesyłek niedoręczonych" jest dla mnie kwintesencją magicznej lektury, która zamyka czytelnika w swoim świecie i długo nie chce go wypuścić. Baśniowe zakończenie sprawiło, że książka trafiła na moją złotą listę pozycji najpiękniejszych. Mądra, ciepła lektura nie tylko dla dorosłych, bo myślę, że młodzi ludzie też odnajdą magię tej opowieści. 
A czy koniecznie jest czytanie książki przed Świętami? Moim zdaniem nie, bo tak piękne historie mają swoją moc bez względu na porę roku, czas i miejsce.

niedziela, 27 listopada 2016

Jaglane inspiracje od Marka Zaremby

Nie jestem mistrzem kuchni i raczej nie będę. Moje wariacje obiadowe zazwyczaj kończyły się na ziemniakach i mięsie, ewentualnie mieszance warzyw z patelni, zdarzy mi się zrobić zapiekankę makaronową "z resztek", i to chyba tyle. Master Chef poziom minus piąty... nie lubię stać przy kuchni i jestem pełna podziwu dla osób, które czerpią z tego radość. 
 
 


Kiedy pojawił się mój pierwszy syn byłam zmuszona rozbudować swoje umiejętności kulinarne i bardzo pomógł mi w tym internet. To tam pierwszy raz trafiłam na opis "cudownych" właściwości kaszy jaglanej. Szybko i co ważne z ochotą wprowadziłam ją do domowej diety, jednak kasza na słodko szybko się nudziła i potrzebowałam czegoś ekstra, żeby reszta rodziny też ją pokochała. Trafiłam na książkę "Jaglany detoks" Marka Zaremby od wydawnictwa Pascal. Przeczytałam z lekkim zdziwieniem, ze względu na mocny nacisk na strefę religijną i odniesienia do tego właśnie aspektu życia. Jednak jestem zdania, że jeśli ktoś wierzy, pokłada nadzieję w Bogu i żyje według Ewangelii, to normalnym jest wplatanie jej we wszystko co robi. Odniesienia religijne kompletnie nie wpłynęły na mój odbiór tej pozycji. Jestem nią szczerze zachwycona i szybko przepisy z jej stron zagościły w naszej kuchni. Nie omieszkałam kupić też kolejnej pozycji autora "Leczenie dietą Wygraj z Candidą". Tu zakochaliśmy się w zupie pomidorowej z awokado, która gości na naszym stole co najmniej raz w tygodniu. I teraz najważniejsze, ja - minimalistka kuchenna, mam pełną szufladę przypraw i potrafię zrobić wariacje jaglane w kilkanaście minut. Gotowanie nie wywołuje już u mnie codziennych frustracji i wewnętrznych wojen. Syn starszy (2 lata 6 miesięcy) je kaszę do wszystkiego, mąż tradycjonalista, który nie wyobrażał sobie obiadu innego niż kotlet, ziemniaki i kapusta wysyła smsy z pracy: To było Pyszne!!! Nie przeprowadziłam jaglanego detoksu zalecanego w książce, bo nadal nie mam tyle silnej woli aby odrzucić niektóre grzeszki, ale kasza gości na naszym stole codziennie i jestem przekonana, że już nigdy go nie opuści. 
Ostatnio na rynku pojawiła się najnowsza książka pana Marka "Jaglany detoks... kolejny krok" kupiłam w dniu premiery! Niestety nie zdążyłam się z nią zaprzyjaźnić, bo została mi podstępnie zabrana. Wiem, że na kolejnym stole zaczyna się pojawiać jaglanka i bardzo mnie to cieszy.
Aha i jeszcze jedno - wszystkie dania są kolorowe, obłędnie pachną i smakują wybornie! A szata graficzna tych pozycji mnie oczarowała. Jednym słowem UWIELBIAM!!!

niedziela, 9 października 2016

"Dziecko last minute" - Natasza Socha

Każdy kto czyta mojego bloga, a szczególnie osoby, które pamiętają jeszcze blog z czasów
w miarę regularnych recenzji książek, wiedzą doskonale, że mam kilka ulubionych autorek. Książki tych utalentowanych kobiet kupuję w ciemno zawsze w dniu premiery. Jedną z tych moich pod każdym względem "naj..." pisarek jest Natasza Socha. Przeczytałam do tej pory wszystkie jej książki i absolutnie ani razu się nie zawiodłam. Obecnie autorka związana jest z wydawnictwem Pascal, które wydaje serię Matki czyli córki. Pierwszą pozycją była "Hormonia" historia Kaliny, czterdziestosześcioletniej nauczycielki edukacji wczesnoszkolnej, uzależnionej emocjonalnie od swojej zaborczej matki. Kobieta pod wpływem impulsu i widma zbliżającej się menopauzy wyrusza w podróż do Holandii z mężczyzną poznanym przez ogłoszenie. Nietypowa decyzja jest początkiem serii zabawnych wydarzeń, zmian oraz przewartościowania w życiu Kaliny oraz napotkanych przez nią po drodze osób. Nie da się ukryć, że jest to książka głęboko przemyślana, nieco inna niż dotychczasowe pozycje Pani Sochy, bardziej refleksyjna i obyczajowa, a mniej sarkastyczna. Jednak najbardziej urzeka to, że autorka z poczuciem humoru i dystansem potrafi podejść do niezwykle trudnych relacji międzyludzkich. Zatem z niecierpliwością czekałam na zapowiedzianą na jesień kontynuację przygód Kaliny.  

"Dziecko last minute" jest tą wyczekiwaną przeze mnie lekturą. Wyczekiwaną podwójnie, bo premiera książki zbiegała się z moim własnym rozwiązaniem. Mój szkrab postanowił jednak zaskoczyć mamę i przeczekać termin wyjścia oraz nie sugerować się premierą książki. Ma to jednak swoje plusy. Po pierwsze zdążyłam przeczytać powieść, a po drugie zdążyłam napisać tą recenzję. Nie jestem może dojrzałą mamą 40 plus, jednak wiem, że przyjście na świat malucha za każdym razem zmienia nie tylko kobietę, ale całe jej otoczenie. Jestem również na bieżąco z huśtawką hormonalną, rozchwianiem emocjonalnym i całą gamą różnorodnych dolegliwości jakie muszą znosić "ciężarówki". 
Natasza Socha napisała świetną powieść obnażającą zakorzenione głęboko w umysłach myślenie o późnym macierzyństwie. Pisząc wykazała się ogromną wrażliwością, zwłaszcza na emocje i burze myśli świeżej mamy. Idealnie wyważyła proporcje między strachem i obawami, a radością z przyjścia na świat nowego człowieka. Nie wpadła w moralizatorstwo, nie popadła w zbyt dużą porcję żartów, nie przedstawia cukierkowej wersji macierzyństwa i co ważne nie tworzy atmosfery paniki. Bierze pod uwagę wszystkie aspekty sytuacji, pokazując reakcje rodziny, partnera, a nawet obcych osób spotykanych na ulicy i konfrontuje je z myślami ciężarnej. 
Dla mnie była to lektura, która pozwala złapać dystans. Spojrzeć z boku na własne humory oraz pojawiające się ataki paniki. Zobaczyć jak w tym wszystkim funkcjonują najbliżsi, którzy też mają swoje obawy i oczekiwania. Nieodłączna u pani Nataszy dawka humoru jest dodatkowym atutem książki, pozwalającym rozładować atmosferę. 
Jeśli macie ochotę dowiedzieć się po co przyszły ojciec wypożycza gryzonie i idzie z nimi do restauracji, czy jak pozbyć się byłego męża, który chce być ojcem nie swojego dziecka, koniecznie sięgnijcie po "Dziecko last minute". Ach! A jeśli jesteście w ciąży, i nie ważne czy macie 20, 30 czy 40 lat, to zdecydowanie książka dla Was!
Na koniec chciałam serdecznie podziękować autorce, która wraz z wydawnictwem Pascal zrobiła mi ogromną niespodziankę wysyłając książkę do recenzji! Bardzo, bardzo dziękuję!

sobota, 18 lipca 2015

"Rosół z kury domowej" Natasza Socha - recenzja przedpremierowa


Są takie książki o których nie wiem co napisać. Nie dlatego, że są słabe, wręcz przeciwnie. Są tak dobre, że brak mi słów, żeby dobrze oddać to co czułam w czasie ich czytania. Od śmiechu po łzy, od nadziei, po rozrywającą wewnętrznie złość i niezgodę na to co się właśnie dzieje. Mnóstwo emocji, mnóstwo przemyśleń, mnóstwo dobrej zabawy okraszonej inteligentną puentą. Ale zaczynając od początku to...
Natasza Socha, uwielbiana przeze mnie autorka powieści "Macocha" i "Maminsynek" dała szansę blogerom na przedpremierowe przeczytanie swojej najnowszej powieści "Rosół z kury domowej". Miałam szczęście, ogrom szczęścia, bo załapałam się na to wcześniejsze czytanie. Ale czytałam długo, cały tydzień. Dawkując sobie przyjemność, chciałam przedłużyć maksymalnie czas spędzony w świecie gotujących kur domowych. Wymagało to one mnie wiele samozaparcia i stanowczości, bo książkę czyta się, jak na Nataszę Sochę przystało, rewelacyjnie. Ba, tej książki nie trzeba czytać, ona czyta się sama. Sama dopomina się o uwagę, sama zamyka nas w swoich kartach i nie chce wypuścić. Skąd ten fenomen? Otóż Natasza Socha należy do osób obdarzonych cudownym, wyjątkowym darem. Dar ten polega na wnikliwym obserwowaniu rzeczywistości i serwowaniu jej w wykwintny sposób. Zna się na tym jak mało kto. Jest mistrzem w swoim fachu. Wirtuozem, który potrafi zaczarować świat i niczym pryzmat rozłożyć jeden wątek na wiele odcieni. Tworzy z tego zjawiskową tęczę, wachlarz kolorów od żółtej zazdrości po kojący, ezoteryczny fiolet.
"Rosół z kury domowej" jest analizą, a zarazem buntem przeciw patriarchalnemu układowi sił w małżeństwie. Ukazuje historię czterech kobiet, których ścieżki splatają się w odpowiednim i trudnym momencie życia. Każda z nich inaczej funkcjonuje w swoim toksycznym układzie małżeńskim. Każda z nich boi się przyszłości, a jednocześnie głęboko pragnie zmiany. Małe kroki, drobne decyzje i w końcu szalona odwaga pomogą im odzyskać wiarę w siebie, nabrać wartości we własnych oczach i uwierzyć, że mąż nie jest jedynym i nieomylnym odbiciem ich osób. Zwłaszcza mąż tyran, który obraża, nie zauważa, wyśmiewa, a nawet bije. Czy warto żyć w związku, który nas niszczy? Nie. Czy łatwo z tego związku się uwolnić? Też nie. Jednak da się, a sposobów jest wiele. Można na przykład ugotować rosół... nago.
Natasza Socha wspięła się na Mont Everest wnikliwej, sarkastycznej analizy związków małżeńskich. Choć analiza dotyczy też konkubinatów i wszelkich związków między dwojgiem ludzi, którzy kiedyś się kochali. Wytknęła wszystkie wady, nie tylko mężczyzn. Także nas kobiet, które to same podajemy się na tacy do tego, aby zrobić z nas pokojówki, służące i kurtyzany w jednym. Po co to robimy i czy w ogóle warto? Na pewno warto przeczytać najnowszą powieść Nataszy Sochy i zastanowić się, jak nie dać się wmanewrować w bycie kurą domową, która koniecznie musi znać przepis na rosół.

Bo przecież...
"Nie chodzi o to by było idealnie w życiu. Idealnie jest nudno. Ważniejsze jest znalezienie równowagi w całym tym chaosie. Swojej własnej równowagi."  
                                                                              "Rosół z kury domowej" Natasza Socha 

czwartek, 21 maja 2015

Nowości z wydawnictwa po sąsiedzku


Pierwszy wpis z serii:

Krótko i na temat. 


Chciałam Was zainteresować pozycjami najbliższego mi (w sensie odległości) wydawnictwa Pascal. Pojawiły się u ich ostatnio interesujące pozycje, o których każdy książkocholik wiedzieć powinien.

Pierwsza: "Książka której nie ma" Santiago Pajaresa do poczytania o niej na przykład tu
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/257104/ksiazka-ktorej-nie-ma, dla wielbicieli książek o książkach. Czyli nasze MUST HAVE!
Okładka zniewala. jestem zakochana, zobaczymy czy w tekście też się zatracę.






Druga "Musimy coś zmienić" Sandy Hall, młodzieżowa pozycja z rodzaju tych wydawanych przez wyd. Otwarte. Opinie są różne, ale może warto się zainteresować. Do poczytania o niej tu:  http://lubimyczytac.pl/ksiazka/254172/musimy-cos-zmienic
Jako odskocznia na weekend powinna być dobrym pomysłem.

I jeszcze "Plany na przyszłość" Marius Serra. Link tu: http://lubimyczytac.pl/ksiazka/251957/plany-na-przyszlosc
Ambitna literatura dotykająca problemu choroby, pokonywania barier znajdujących się w nas samych i wiary w siebie. Warto zajrzeć. Warto poszukać. Warto poczytać.


Czytaliście którąś? A może macie je na swojej liście? Podzielcie się co Was zainteresowało ostatnio?